(Od razu piszę, że nie będziesz zadowolony, ale będzie krótko. W sobotę mam egzamin i nie wyrabiam na zakrętach

)
teofizyk pisze:Pamietajmy o fakcie, ze w odroznieniu do ziemskich rodzicow, ktorzy moga cos robic "nie tak", tamten jest doskonaly. Nie powinno sie atrybutow ziemskich rodzicow (zwlaszcza tych negatywnych) przerzucac na Boga Ojca i tym tlumaczyc wlasne zachowanie - bo to On jest zrodlem doskonalosci!
Nie twierdzę, że nie jest. To ja jestem niedoskonała i stąd czasem bunt, mniejszy lub większy, kiedy Boski Plan nie pokrywa się z tym, co ja bym chciała. Czysta postać zwykłego, ludzkiego egoizmu
W którymś temacie Kalinka (?) napisała bardzo adekwatne określenie, którego tutaj użyję. Myślę, że Bóg wcale nie chce, żebyśmy byli letni w swej wierze. Mamy być albo zimni albo gorący. Przy czym oczywiście wolałby, żebyśmy jednak gorącą wiarę wybrali niż zimną niewiarę, ale tu już wkracza wolna wola, którą dał człowiekowi. To od nas zależy, co wybierzemy i jakie będą nasze uczucia w tej kwestii. Dlatego wydaje mi się, że kiedy się trochę pobuntuję, a później przemyślę, przetrawię, zrozumiem i wrócę do Ojca bogatsza o to doświadczenie, to moja wiara jest już cieplejsza niż była. Chciałabym, żeby moja wiara była gorąca, ale do tego mi jeszcze daleko.
teofizyk pisze:migaweczka pisze:Taka już natura dzieci Nigdy Ci się to nie zdarzyło ?
Czy to, ze i mnie i jeszcze komus sie moglo cos takiego przytrafic, ma usprawiedliwic potencjalna niestosownosc danego faktu??? Zdarzylo mi sie zgrzeszyc mysla, mowa, etc... Wiec jezeli i Tobie tez sie to przytrafilo - to ja jestem dzieki temu usprawiedliwiony! (w nawiasie, na wszelki wypadek dodam, ze teraz nieco ironizuje

)
Wiem, że ironizujesz, wiem

A tak na serio - wiele osób właśnie w ten sposób usprawiedliwia swoje czyny. I myślę, że po części wszyscy do tej grupy należymy, bo każdemu zdarzyło się na pewno choć raz w życiu pomyśleć: "Skoro on/ona tak może, to nie ma w tym nic złego". Mnie się zdarzyło, nie zamierzam robić z siebie ideału
teofizyk pisze:migaweczka pisze:to, że czasem pomyślę lub powiem Mu, że mi się nie podoba to, co mi przygotował, nie oznacza od razu, że się z tym nie pogodzę.
Bardzo to jakos smutno brzmi... Odejdziesz, pociagajac nosem zwieszonym na przyslowiowa kwinte (a moze nawet kwarte

)... Pogodzona z tym co Ci sie w dalszym ciagu nie podoba... I tak, zrezygnowana, dokonasz swoich dni...
To akurat Twoja wizja

Mnie chodziło po prostu o dojrzewanie do Jego Mądrości. O ten czas, który jest mi potrzebny do przyjęcia Jego woli. Oczywiście ideałem byłoby przyjęcie tej woli bez chwili namysłu, ale jak już wspomniałam, ideałem nie jestem
teofizyk pisze:migaweczka pisze:Może mi to zająć mniej lub więcej czasu, ale pewnie kiedyś uda mi się dotrzeć do zrozumienia Planu, który Bóg mi przygotował. Zrozumienia "na wiarę".
Pewnie sie uda albo pewnie sie nie uda - robi sie troche grzasko

. Czy kiedys uda nam sie dotrzec do zrozumienia Boskiego Planu? To temat na dluzsza dyskusje... W tym momencie uwazam, ze w naszej doczesnosci - nie.
Przecież napisałam, że "kiedyś", zatem wlicza się tu również ten moment, kiedy stanę przed Panem i zdam relację z całego mojego życia, a On wtedy przedstawi mi tę część, której nie znałam w czasie ziemskiego życia, której nie rozumiałam.
teofizyk pisze:Pozostaje jednak ten inny, wspomniany juz przez Ciebie element -
wiara.
migaweczka pisze: [pewnie kiedyś uda mi się dotrzeć do (...)] Zrozumienia "na wiarę".
Przed kazdym chcacym "zrozumiec na wiare" stoi nieslychanie trudne zadanie... Nieslychanie trudne i niewykonalne (!) - polaczenie w jedno rozumu z wiara. Bo czy mozna wiedziec - jesli sie wierzy? Czy mozna wierzyc - jesli sie wie? (Dla niewtajemniczonych: odpowiedz jest negatywna - wiedza wyklucza wiare).
Jest mi (piszę ciągle o sobie, a nie o ogóle, bo nie mogę za ogół odpowiadać

) o tyle łatwiej, że tej wiedzy nie mam. Nie jestem teologiem, duchownym ani siostrą zakonną. Jestem zwykłym człowiekiem, który chce wierzyć i bez Boga nie wyobraża sobie życia. Myślę, że to całkiem niezła podstawa, by przyjąć "na wiarę" to, co daje mi Bóg
teofizyk pisze:Zastap w swoim poscie (a czemu by nie w zyciu

) wszystkie "
zrozumienia" - przez "
wiare". I wtedy zrobi sie
bardziej optymistycznie

Moze nawet przestaniesz sie klocic z rodzicami? Rodzicom powinno sie wierzyc... Zwlaszcza TEMU

***
Staram się to robić każdego dnia. Staram się na wiarę przyjmować wszystko, co mnie spotyka. Wierzę, że nie ma przypadków, więc skoro coś mi się przytrafiło, w jakiejś sytuacji biorę udział, to znaczy, że do czegoś jest lub będzie mi potrzebne to doświadczenie. A że czasem idzie mi to łatwiej, a czasem trudniej, to już jest inna para kaloszy
